|
|
|
Etap 19 Afryki Nowaka po Republice Środkowoafrykańskiej w oczach Tomka Kaznochy
"Motorówka dotarła w końcu do przeciwległego brzegu i osada Ouesso znikła za bujną zielenią wysepki. Otoczył mnie znowu las dziewiczy, niemożliwie splątany i strasznie bezludny." - Tak Kazimierz Nowak rozpoczął kolejny etap swojej podróży po Afryce, tak i my, uczestnicy sztafety przeprawiamy się przez rzekę Sanga, by tą samą trasą przemierzyć dziki kraj, jakim jest Republika Środkowej Afryki. Na razie uczestników było trzech - Jacek, Maciej i Paweł. Maciej i Paweł uczestniczyli już w poprzednim etapie, Jacek dzień wcześniej dołączył do nich w Ouesso. Po drugiej stronie rzeki nastąpiło przekazanie pałeczki - nowym liderem został Jacek. Chłopaki wsiadły na rowery, by, po krótkim etapie w Kongo, znów wskoczyć na łódź i przepłynąć do Republiki Środkowej Afryki. Ta wodna przeprawa zaczęła się w miejscowości Bomesa, a skończyła w Lidjombo - dokładnie tym samym odcinkiem musiał podróżować czółnem Nowak. W Lidjombo, do którego ekipa dotarła po zapadnięciu zmroku, za "hotel" służył miejscowy komisariat. Miejscowy katechista, gdy dowiedział się, że nietypowi goście przybyli do wioski, zaraz pośpieszył przekazać im list. Okazało się, że polski misjonarz, brat Grzegorz, wiedział o naszej wyprawie i zaprosił nas do swojej misji w oddalonej o 35 kilometrów miejscowości Bayanga. W drodze nie obyło się, oczywiście, bez prób wyłudzeń ze strony miejscowej żandarmerii i policji. Ci, widząc "Mundziu" - czyli "białasów", słowo powstało od zniekształcenia zwrotu "dzień dobry" po francusku, czyli "bonjour", za każdym razem wymyślali nowe prawa, które rzekomo łamiemy, lub zasady, których musimy przestrzegać, a wszystko to sprowadzało się do wyciągnięcia od nas jak największej ilości miejscowych franków. Trzeba dużo czasu i cierpliwości, by przemierzać środkowoafrykańskie drogi i nie dać się całkiem ogołocić W Bayanga na misji spotkały naszych pordóżników prawdziwe luksusy. Bieżąca woda, a więc możliwość wzięcia prysznica i przeprania ubrań i prawdziwy skarb - prąd. Są to udogodnienia rzadko w tym kraju spotykane. Stamtąd też pojechali do parku narodowego Dzanga-Ndoki, gdzie udało im się wytropić całą rodzinę goryli, a nie jest to łatwe zadanie. Niestety, w całym kraju zwierząt jest bardzo niewiele. Niegdyś bardzo bogata fauna, jeszcze za czasów Kazimierza Nowaka, została zjedzona przez miejscową ludność. Z dużych zwierząt spotkać tu można jedynie hipopotamy, goryle i słonie, choć nie wiadomo, jak długo te zwierzęta jeszcze tu przetrwają. Najtrudniejszy los czeka słonie, które bez opamiętania zabijane są przez kłusowników, łasych na ich kły. Kolejnym przystankiem na trasie jest Berberati, miejscowość, w której Kazimierz Nowak spędził swoje piąte święta Bożego narodzenia w Afryce, samotnie. Sztafety przyjemność samotności nie spotkała, już na rogatkach "zaopiekowała" się nią policja, zaprowadziła na komendę, celem, rzecz jasna, opłat. I tu zaskoczenie - tym razem udało się wywinąć, funkcjonariusze nie byli zbyt uparci i tym razem portfele nie zostały oskubane. Cóż z tego, że władze były życzliwe, w oczy zaczął bowiem zaglądać inny, poważniejszy problem. "Malaria chwyta mnie na dobre, krew pali - cały organizm płonie ogniem. Sił brak tak zupełnie, że żadnego ruchu wykonać nie można." - pisał Nowak. No właśnie Paweł czuł się źle. Szybkie badania w szpitalu potwierdziły obawy. Miał malarię. Na szczęście warunki do odpoczynku, który przy tej chorobie jest niezbędny, były bardzo dobre. Jacek i Maciej postanowili ruszyć dalej, w stronę Carnot, czas naglił. Paweł został, by się wykurować. Tymczasem ja już od kilku dni przebywałem w Bangui, stolicy kraju, którą Kazik Nowak nazwał "Czarnym Paryżem", ze względu na ilość domów publicznych i ogólną degrengoladę. Trochę zmieniło się przez lata, przybytków uciechy brak, a ludzie też nie różnią się za bardzo od spotykanych gdzie indziej. Przeciwności losu dopadły mnie bardzo szybko, już na lotnisku, kiedy okazało się, że część bagaży, w tym rower zaginął. Okazało się później, że rzeczy nie wyleciały nawet z Berlina, skąd zaczynałem podróż. Na szczęście, już po dwóch dniach rower dotarł na miejsce. Po zwyczajowej łapówce wręczonej celnikom, miałem już go w rękach i wydawało się, że lada dzień będę mógł dołączyć do reszty grupy. Niedoczekanie! Najpierw zatrzymały mnie drobne problemy techniczne (pęknięta ośka), a następnie Malaria. Osłabienie i konieczność wypoczynku nie pozwalała mi na razie dołączyć do sztafety. Na szczęście byłem pod dobrą opieką misjonarzy. Polscy księża wiele razy mieli nam jeszcze pomagać podczas naszej podróży. Droga z Berberati do Carnot okazuje się bardzo trudna. Przeciążone rowery, piaszczyste drogi i trudne podjazdy mocno dały chłopakom w kość. Całe szczęście, że nie musieli spać w namiotach. Przez cały etap sztafeta znajdowała noclegi w mijanych wioskach - w kościołach, domach szefów wiosek, czy wspomnianych wcześniej komisariatach. W kolejnej miejscowości, nazywającej się Boda wreszcie udało nam się spotkać. Pierwsi przybyli tam Jacek z Maćkiem, po nich zdrowy już Paweł z Agnieszką, która trzy dni wcześniej doleciała do RŚA. Ostatni dojechałem ja, w rekordowym tempie dwunastu godzin przemierzając odcinek 200 kilometrów starą, zdezelowaną ciężarówką. Oczywiście, to że wreszcie byliśmy w komplecie wcale nie oznaczało wspólnej podróży. Maciejowi, w niewielką ranę na stopie, wdała się infekcja, co wykluczyło go z dalszej jazdy na rowerze. Kolejne testy na malarię odkryły również następnego trafionego, którym okazał się Jacek. Po długich dyskusjach i uczciwym losowaniu Agnieszka została wybrana, by towarzyszyć Maciejowi w podróży do stolicy. Sytuacja wydawała się prosta, wynająć miejsca w jadącym do stolicy busie i rozkoszować się podróżą. Jacek, Paweł i ja wsiedliśmy na rowery i ruszyliśmy w trasę. Następny dzień przyniósł kolejne kłody, rzucane pod koła rowerów. Szybko okazało się, że przyjaciółka-malaria jeszcze mnie wtedy nie opuściła i dała sobie znać w kolejnym, potężnym ataku. Osłabiony i z gorączką dowlokłem się do Mbaiki, miasta, z którego do stolicy prowadziło już tylko 100 kilometrów asfaltu. Kiedy czekaliśmy w szpitalu, który, jak to szpitale w Afryce, przerażał swoim stanem, na wyniki testu i poradę lekarską, minęli nas Agnieszka z Maćkiem, jadący niewielkim, aczkolwiek bardzo przepełnionym busem. Przejechanie 100 kilometrów drogą szutrową zajęło im sześć godzin, nieźle, zważywszy na fakt, że dalsza trasa była asfaltowana, więc powinno być tylko lepiej. Miejscowa rzeczywistość jak zwykle jednak pokrzyżowała nam plany. Bus ruszył, niedługo potem i my, rowerzyści. Mój stan znacznie się poprawił, więc zdecydowałem się kontynuować podróż w duchu Nowaka, czyli mimo atakujących chorób. Po około 30 kilometrach zauważyliśmy w oddali zielony punkt, który okazał się zepsutym busem naszych przyjaciół Kierowca, mimo że nie udało mu się dotrzeć do celu, żąda całej opłaty za przejazd. Jak zawsze, długo trzeba pertraktować, walczyć o pieniądze. Na szczęście mieliśmy ze sobą telefon satelitarny, przez który wezwaliśmy na pomoc zaprzyjaźnionych braci Kapucynów, a ci zgodzili się przyjechać po Maćka i Agnieszkę. Resztę czekała kolejna noc w wioskowej kaplicy, z nadzieją, że nie spadnie deszcz i nie zmoczy wszystkich przez dach dziurawy jak sito. Kolejnego dnia znów wszyscy jesteśmy razem, spotykamy się w stolicy Republiki Środkowej Afryki, Bangui, leżącej nad rzeką Ubangi. Mnie znów złapała gorączka i słabość, ostatnie 20 kilometrów, mimo że przebytych bardzo dobrą, asfaltową drogą, okazało się koszmarem. Jechało się bardzo trudno, do Bangui dotarłem półprzytomny. To doświadczenie sprawiło, że jeszcze bardziej doceniłem Kazimierza Nowaka, który z problemem malarii zmagał się bardzo długo, niejednokrotnie podróżując w stanie dużo gorszym niż mój. W mieście odwiedziliśmy kolejnych lekarzy, zrobiliśmy kolejne badania. Okazało się, że Maciej miał gronkowca i musiał przedwcześnie wracać do Polski. Na szczęście, ubezpieczalnia szybko załatwiła mu bilet powrotny. Wspomniane testy tradycyjnie wykazały malarię, tym razem mi i Agnieszce, dodatkowo razem z ja i Jacek pochorowaliśmy się na dur brzuszny. Czas zaczyna nam uciekać. Minęły trzy tygodnie, a my dopiero osiągnęliśmy Bangui. Do tego z północy kraju nadchodziły niepokojące wieści. Trasa, którą mieliśmy jechać, leży na terenie zajętym przez rebeliantów, którzy nie cofają się przed porwaniami białych dla okupu. Zdecydowaliśmy się nie ryzykować i zakończyć etap w Bouca, jednej z ostatnich bezpiecznych miejscowości. Kilka następnych dni regenerowaliśmy siły w największym mieście w kraju, liczącym od 600 tyś. do miliona mieszkańców. O dokładne dane trudno, nikt tu spisów przecież nie robi. Większość zabudowy miasta to lepianki i szałasy, tym odróżniające się od prowincjonalnych, że dachy pokryte zazwyczaj mają blachą. Im bliżej centrum, tym częściej spotkać można domy z cegły - widok w tym kraju dość niespotykany. W samym mieście - cywilizacja. Choć nie uświadczysz tam McDonaldsa, to jest kilka porządnych sklepów, restauracji czy kawiarenek. Niewysokie, kilkupiętrowe zabudowania, niektóre pamiętające czasy kolonialne, dużo rond, gwar i dziesiątki brudnych, poobijanych, żółtych taksówek - tak właśnie wygląda Bangui. Do drzewa, stojącego przy rzece Ubangi, będącej naturalną granicą z Kongo przybiliśmy pierwszą pamiątkową tabliczkę. Czas relaksu minął szybko. Ja i Jacek postanowiliśmy nie narażać zdrowia i nie kontynuować podróży rowerem. Na placu boju została Agnieszka, wybrana na wicelidera etapu i Paweł. Kolejne dni podróży upłynęły im zaskakująco bezproblemowo. Nie było żadnych ataków malarii, wypadków, awarii rowerów, czy aresztowań. W mijanych miejscowościach zostawiali tabliczki upamiętniające wyczyn Kazimierza Nowaka. Ostatnią z nich przybili w Bouca. Etap się zakończył. Kilka dni później w Bouar, mieście położonym daleko na zachodzie kraju, książkę-pałeczkę, przekazywaną każdemu kolejnemu etapowi, braciom kapucynom przekazał Paweł. Księża ci, pod wodzą brata Piotra Michalika utworzyli etap XIX i pół sztafety i dotrą do Gore w Czadzie, dzięki czemu ciągłość wyprawy zostanie zachowana. Tam też zacznie się kolejny, XX etap sztafety, miejmy nadzieję, że mniej pechowy niż nasz. Etap XIX - Republika Środkowej Afryki. Ouesso-Bangui-Bouca Nazwa etapu - "W kraju, gdzie się je - bawełnę " Czas trwania - 28 kwietnia - 26 maja Trasa - Salo - Nola - Berberati - Carnot - Gadzi - Boda - Mbaiki - Bangui - Damara - Bogangolo - Bouca - (Batangafo - Kabo - Sido). W nawiasie trasa na terenie rebelii, nieprzebyta. Droga - 1030 km, głównie droga szutrowa, około 200 km asfaltu
Bardzo dziękuję Tomkowi Kaznochowi za udostępnienie na mojej stronie tekstu który również ukazał się w czerwcowym numerze ROWERTOUR |
|
|
|
|