Sprawozdanie z akcji sprzątania portu MASUSA i IQUITOS w dniu 11.07.2010
|
To właśnie do portu Masusa w Iquitos przypływają wszystkie promy z odległej
Pucallpy i Yuromaguas, zaopatrując 400-tysięczne miasto praktycznie we wszystko. I to ten port był pierwszym
tematem mojego pomysłu na posprzątanie. Jednak trzy dni temu okazało się, że w najbliższą niedzielę zarząd portu
przeprowadza taką akcję sprzątania. Ma w niej brać udział około 100-150 osób: pracowników portu, tragarzy,
mototaxiarzy oraz pracowników promów. Wszystko jest rzekomo gotowe:worki na śmieci, rękawiczki i grabie.
Jestem pod dużym wrażeniem. W przededniu akcji ma odbyć się zebranie, na które jestem zaproszony aby
przedstawić swój projekt ekologiczny. Zebranie się odbywa, choć uczestników nie ma zbyt wielu - pechowo
|
spada akurat ulewny deszcz. Zebranie jest krótkie. Zostaje przedstawiony mój projekt, omawiamy akcję
sprzątania. Rozchodzimy się. A więc do jutra.
Niedziela. Jestem o 6.50 w porcie. Nie ma jeszcze nikogo. Dopiero chwilę po 7 pojawiają się ludzie.
Przyjeżdża też szef zarządu portu. On już mnie zna. Szef odczytuje mój projekt po hiszpańsku z kartki,
którą mu wręczam. Rozdawane są worki na śmieci. Jak się później okaże, jest to pierwsze i ostatnie rozdanie.
Czyli worków mieli dosłownie 20 sztuk. Oczywiście nikt nie ma rękawiczek. A grabie są jedne i jedna miotła.
Ja swoich rękawiczek i worków naśmieci nie zabrałem, bo wszystko miało być na miejscu. Jest nas kilkunastu
(jak widać na zdjęciu), a miało być 100-150 osób. Nawalili? Ruszamy do pracy. Niebo na szczęście
pokryte jest grubą warstwą chmur. Nie ma upału jaki był wczoraj. Port Masusa w stosunku do portu Belen,
z którym zmierzyliśmy się wczoraj, to dzień do nocy. Trzymam worek w ręce i zbieram śmieci.
Ciągnę kawałek folii, która, jak się okazuje, ma kilka metrów długości. I tak jest co chwila. Pot zaczyna
mnie zalewać. Mam już mokrą koszulkę, majtki i powoli spodenki. A pracuję niedługo i nie ma żaru, jaki był
wczoraj. Teraz widzę, jaką morderczą pracę w ostrym słońcu wykonali wczoraj studenci w porcie Belen.
Już po chwili brakuje worków. Podchodzi do mnie szef . Czy mam worki? Na migi pokazuję, że nie
(jest niedziela - więc milczę). By ratować sytuację wsiadam do mototaxi i jadę po 100 worków do schroniska.
Po 30 minutach wracam z workami. Rozdaję zaledwie kilka z nich, bo chętnych do pracy już brak.
O 8.45 rozglądam się. Już nikogo niema. A mieliśmy pracować do 10. Idę do biura . Na migi pytam,
co jest grane. Mówią, że to już koniec akcji sprzątania. Robimy sobie pożegnalne zdjęcie. I to tyle!
Wracam do schroniska mokry od potu. Szkoda, że tak się stało, że to nie studentom dano posprzątać ten port.
Tu z pewnością lepiej byłby widoczny trud i efekt ich pracy. Choć i tu najpierw przydałby się spychacz,
który zresztą jeździł dziś po porcie, ale nie pomagał. Robił coś innego? Nic tego nie rozumiem!
ZAPRASZAM WAS DO OBEJRZENIA ZDJĘĆ Z TEGO CO WYDARZYŁO SIĘ W PORCIE.