|
|
|
pasażerów, do zbierania i pozostawiania śmieci w porcie, a nie w rzece. Rozmowy z władzami miasta musiałem rozpocząć w
późniejszym terminie, gdyż wszystkie urzędy były pozamykane z powodu lokalnego święta. Po kilku
dniach pobytu w Pucallpy udało mi się wziąć udział w otwartych obradach Rady Miasta, gdzie mój
projekt został przedstawiony i zaakceptowany. W kuluarach rozmawiałem o nim z Blagą Regidora, która
również poparła tę inicjatywę. Po dziesięciu dniach pobytu w mieście doszedłem do półmetka akcji:
oblepiłem 45 promów i 2 wodne stacje benzynowe, umieszczając łącznie 250 sztuk wlepek oraz rozdając
około 1000 worków foliowych. Następnie ruszyłem w pięciodniową podróż promem do Iquitos. Jak się
okazało, na promie, którym płynąłem, nie było wystawionych żadnych worków foliowych. Pojawiły się
dopiero po mojej interwencji. Niestety zaobserwowałem, że i tak gros śmieci ląduje bezpośrednio w
rzece. Aby być bardziej skutecznym w swoich działaniach postanowiłem nie tylko rozdawać worki, ale
również zachęcić lokalne władze Iquitos do wspólnej akcji oczyszczenia portu. Dzień po przybyciu do
Iquitos udałem się z tą propozycją do władz miasta, które zainteresowały się tym pomysłem.
W ciągu dwóch dni, wspólnie z władzami miasta, udało się nam zorganizować grupę kilkudziesięciu
studentów - wolontariuszy, którzy w najbliższą sobotę (10 lipca) przystąpią do oczyszczenia portu
Belen - jednego z trzech portów, jakie znajdują się w tym mieście. Oczyszczenie portów ma na celu
zachęcenie podróżnych do utrzymania czystości podczas całej podróży. Dzień 9 lipca przeznaczony
został na spotkanie z mediami, aby poinformować mieszkańców miasta o planowanej akcji.
Codziennie udaję się również do portów i nalepiam wlepki na promach. Do dnia dzisiejszego oblepionych zostało 55 promów. Z POZDROWIENIAMI Z IQUITOS!!!
|
|
PONOWNIE W PORCIE BELEN Jest poniedziałek 7 rano. Już upał, choć słońce jest tylko od godziny na niebie. Jadę do portu Belen. Muszę sprawdzić, czy wywieziono worki ze śmieciami. Trud pracy wolontariuszy z sobotniej akcji. Mototaxi przedziera się przez zatłoczone uliczki. Mnóstwo ludzi. Dzień targowy. Tłumy nie tylko przy straganach . Również na ulicy. Wszędzie. Sprzedają i kupują dosłownie wszystko, z krokodylami włącznie. Tu się je je - niestety! Po 15 minutach dojeżdżam. Ulica do portu zastawiona wielkimi kiściami bananów. Innych niż u nas,to tak naprawde platany. Te się gotuje przed jedzeniem. Nie można nawet przejść. Przepycham się, bo inaczej nie przejdę nigdy. To bardzo biedna dzielnica. Niezbyt tu bezpiecznie. Jestem jedynym odróżnikiem. Nikt tu nie zagląda, bo biedy i syfu nie chce się oglądać. A może to tylko strach. Domy są tu dwupiętrowe . Parter przygotowany na wypadek zalania wodą. Gdy przyjdą ulewy, można poruszać się tylko łodziami. Wszystko jest pod wodą. Jej stan podnosi się o kilka metrów. Stąd nazwa dzielnicy -Wenecja. Dotarłem. Jestem w porcie. Kilkaset worków leży niewywiezione. Tego się obawiałem! Nie mogę teraz dopuścić, by trud pracy stu wolontariuszy poszedł na marne. Rozglądam się po porcie. Jednak nie jest tak źle. W sobotę byłem tak zagoniony, że nie dostrzegłem zmian. ALE SĄ!!! I TO WYRAŹNE!!! Gdyby jeszcze kilka razy zrobić taką akcję, port by lśnił. Jak chyba nigdy. Biorę mototaxi i jadę do biura urzędu miasta. Pytam o leżące ciągle worki. Ok! Dzisiaj je wywiozą. Zobaczymy! Jutro sprzątamy drugi port w Bezlavista Nanay. Tam nie ma tragedii. Ale i tak jest co robić. Ma być tylko 20 studentów- wolontariuszy. Czy to wystarczy ?...
|
|
|
|
|