>> Zdjęcia / Photos  
 
 

MOTOREM Z CZADU DO POLSKI.
Ndjamena-Mongo-AmTiman-P.N.Zakuma-Sarh-Bailli-Ndjamena=2023km


Na pomysł takiej szalonej podróży wpadliśmy w Kamerunie. Od razu zaczeliśmy analizować możliwości realizacji naszego marzenia. Jak się okazało jest to możliwe ale kupno motoru, szczególnie takiego którego my uważamy za naprawdę nowy, nie jest proste.

Ale od początku chcąc ralizować ten pomysł wiedzieliśmy że musimy kupić najpopularniejszy motor w Afryce by uniknąc problemów z serwisem, wszak przed nami droga daleka - okolo 15tyś. kilometrow. Poza tym, ważna była też jego cena bo jak się okazało wszystko co odbiega od powyższego założenia jest drogie a raczej koszmarnie drogie i tym samym staje się dla nas nieosiągalne. Nie wspominając że w razie awarii możemy na czescść zapasową czekać długie tygodnie a może i nawet miesiące, podobnie jak bohaterzy ksiażki "Mój chłopiec motocykl i ja" która gorąco polecamy nie tylko motocyklistom. Wybór padł więc na Hondę CGL 125cm o niewielkiej mocy silnika okolo 5KM, maksymalnej prędkości nie przekraczającej 100km/h o optymalnej prędkości 70km/h co nam w pełni odpowiada. Jak to powiedział Ks. Jarek z Bologo taki lepszy Komarek. Poszukiwania takiego lepszego Komarka zaczeliśmy jeszcze przed ślubem w Czadzie, ale zmęczeni długim i bezkutecznym poszukiwaniem z prośbą o pomoc zwróciliśmy się do pana, który produkuje rejestracje a którego poznaliśmy przypadkowo 2tyg. wcześniej. Jak się okazało jego brat zajmuje się sprzedażą takich motorów na jakich bardzo nam zależało. W końcu pokazano nam to o dziwo naprawdę nowe cacko produkcji nigeryjkiej. Ten najbardziej zaludniony kraj na konytniecie afrykańskim spełnia podobna role jak gospodarka Chin koncówki XX wieku zalewając ościenne państwa swoim badziewiem niskiej jakości. Po zakupie motoru rozpczął się sprawny proces biurokratyczny czyli uiszczanie kolejnych oplat: cła, podatków, przeglądu technicznego a skończywszy na obowiązkowym ubezpieczeniu z którego podobno nikt nigdy nie otrzymał odszkodowania. Nabyliśmy oczywiście natychmiast dwa, czerwone jak nasz motor, kaski oraz blokady bo Honda to rzekomo najczęściej kradziony tu motor, w końcu złodziej też wie co dobre. Ostatecznie całość kosztowała nas i tak mniej niż dwa powrotne bilety lotnicze stąd do Polski, a jakoś w końcu się musimy wydostać z tej uroczej Afryki gdzie utkneliśmy.

Maciej, choć od 15 lat jest posiadaczem prawa jazdy na motor zaledwie raz "przejechał" na motorze swojego brata Michała około kilomera może dwóch ale napewno nie więcej ?. Spragnieni rozpoczęcia podroży poślubnej długo się nie zastanawiając następnego dnia pakujemy sztafetowe sakwy Crosso i ruszamy na wycieczkę w strone P.N. Zakuma słynącego z dzikich zwierząt. Tego dnia silny wiatr z piaskiem Sahary nie ułatwia nam podróży ale ponieważ podróżowanie jest naszą szaloną pasją brniemy nieugięci do przodu. Szczęśliwi wtuleni w siebie i z kłębiącymi się myślami o książce "Zen i sztuka oprzyrządowania motocykla" oraz z obrazami z kultowego filmu "Easy rider" pokonujemy kolejne kilomery. Tego dnia zrobiliśmy 300km i od razu wiedzieliśmy że to będzie nasz maksymalny dzienny limit bo podróżując po Afryce chcemy ją przede wszystkim przeżyć, chłonąc jej urok a nie tylko przejechac zaliczając kolejne kilometry mijając wsie, miasta czy kraje. Tu należy dodać, ze podróżując wspólnie jesteśmy bardzo zgodni co do formy i treści postrzegania świata. Przebywając ze sobą od 3 miesięcy 24 godziny na dobę, cały czas czujemy niesamowitą wzajemną fascynację sobą.

Drugiego dnia przy starcie na piasku, gdzie spaliśmy na dziko, mamy pierwszą niewinną wywrotkę. Ruszamy dalej. Asfaltowa droga do Zakumy przemienia się w laterytową w bardzo dobrym stanie. Okolice Mongo są urocze gdyż pojawiają się nagle pasma górskie, które urozmaicają dotąd monotonny całkowicie płaski krajobraz.

Trzeciego dnia mając już za sobą 800km zjeżdzamy z głównej drogi w bardziej wyboistą by pokonać ostanie 65km do parku. Na tym odcinku jedną z krów, które licznie się tu wypasają, blokuje nam drogę i podczas hamowania ponownie się przewracamy. Na szczęście wszystko dzieje się przy małej prędkości 30km/h więc oprócz zadrapanego palca Ani, kilku obtarć oraz siniaków nic się nie stało. Motor też jest cały. Jedziemy więc dalej a ja z każdym takim momentem czuję się wiekszym szczęściarzem, gdyż mam taką wspaniałą kobietę na którą mogę liczyć, która na mnie nie krzyczy, nie ma pretensji o moje pomyłki w jeździe, tylko ufając mi dalej wsiada odważnie na motor i razem pędzimy do przodu. Po drodze spotykamy tak oczekiwane stado żyraf, rodzinkę guźców a w blasku romantycznego księżyca ukazuje się nam wielka hiena. Noclegi okazują się być tu koszmarnie drogie, ale Ania staje na wysokosci zadania i załatwia z pracującą tu Czeszką darmowy nocleg w jej byłym uroczym domku. Rano wynajętym terenowym samochodem zwiedzamy park wpatrując się w życie ptaków, krokodyli, małp, antylop, guźców, bawołów, strusi ale przede wszyskim licznych stąd przepięknych żyraf dla których my także stanowimy nie lada ciekawostkę. W Zakumie są rownież lwy oraz około 500 słoni, które cudem ocalały po morderczej rzezi jaka miała miejsce w maju 2010 roku podczas której zgineło kilka tysięcy tych pięknych zwierząt. Park nas zachyca i wszystkim bardzo gorąco go polecamy mimo, że dotarcie do niego jest możliwe tylko w porze suchej od listopada do maja.

Dalsza droga przez Am Timan do Sarh okazuje się być bardzo trudna do znalezienia co powoduje że tego dnia błądzimy po bezkresnych polach i pustkowiach, wybojach i dziurach łamiac ostatecznie pedal hamulca nożnego. Po 140km, co w warunkach europejskich wydaje się być niemożliwe wręcz absurdalne, docieramy do Djouna gdzie jest "droga" której odnalezienie zabrało nam 8 godzin poszukiwań. Jesteśmy zmęczeni a stan naszej dalszej drogi bardziej nas przeraża niż zachwyca. Tego dnia robimy w sumie zaledwie 180 morderczych kilometrów ale nasz wysiłek zostaje wynagrodzony: naszym oczom ukazuje się sięgające po horyzont niezliczone stada bydła. Przemieszczają się one wraz z plemionami wędrownymi, których wielkie ozdobione muszelkami i dzwonkami trony umieszczone są na grzbietach krów i wielbłądów a do pomocy w transporcie służą im też osiołki. Droga do Sarh to setki tzw hopek i głebokiego piasku, zapewne wymarzony teren dla wytrawnych jeźdzców crossowych ale my nimi nie jesteśmy. Pokonanie 400km zajmuje nam aż całe 3 dni, zaliczamy kolejną trzecią wywrotkę i dziesiątki podbramkowych sytuacji. W Sarh, gdzie już byliśmy 2 miesiące temu, chcemy odwiedzić polskiego misjonarza ks. Artura ale go nie zastajemy. Naprawiamy hamulec, wymieniamy olej ale co najważniejsze zmieniamy przednią oponę na terenową, co jak się okazuje znacznie ulatwia nam bezpieczną dalszą jazdę. Honda okazuje się bardzo ekonomiczna, spala zaledwie 2.7l/100km. Po drodze na dwa dni ponownie zatrzymujemy się u ks. Edwarda w Bailli.

Po 9 dniach pierwszego odcinka wyprawy Miesiąca Miodowego nasz licznik motocykla wskazuje ponad 2000km. Dojeżdzamy z powrotem do misji ks. Staszka, u którego w stolicy stacjonujemy już prawie 3 miesiące. Nadchodzi jednak czas by się spakować na dobre i ruszyć w stronę Polski, zatrzymując się jeszcze po drodze na wigilię w Bologo



>> Zdjęcia / Photos  
 
 

linia

Copyright © Maciej Pastwa  2011