|
|
|
XVIII etap. Republika Kongo. Brazzaville - Ouesso. Kwiecień 2011.
Tekst: Romuald Deja Zdjęcia: Romuald Deja, Paweł Kilen, Maciej Pastwa.
Mandele w oparach tropiku.
Po pieszej wędrówce przez Kongo Belgijskie, przepłynięciu rzeki Kongo łodzią "Maryś", Kazimierz Nowak dociera do Brazzaville, gdzie przygotowuje się do kolejnego, tym razem rowerowego etapu. Zakupuje nowy rower, dubeltówkę, pozyskuje pozwolenie na broń, uzupełnia ekwipunek i zmęczony uciążliwością miasta i procedurami administracyjnymi z ulgą opuszcza Brazzaville udając się na północ. I my, Maciej Pastwa (Lider) i Romuald Deja (Uczestnik), przygotowując się do osiemnastego etapu, kompletujemy w Polsce sprzęt, pakujemy nowe rowery dostarczone przez firmę Brennabor. Póki co, jesteśmy we dwójkę, ale na trasie ma do nas dołączyć trzeci uczestnik, Paweł Kilen, który dzielnie pedałuje od Kapsztadu. Wylatujemy z kraju, każdy z osobna. Aby uniknąć kłopotów na granicy Demokratycznej Republiki Kongo i Republiki Kongo, granicy mającej bardzo złą sławę, tylko Maciej leci do Kinszasy i tam przejmuje sztafetową pałeczkę od poprzedniego, wodnego etapu. Ja natomiast z dwoma rowerami i całym osprzętem lecę wprost do Brazzaville. Miasta te będące stolicami dwóch krajów spoglądają na siebie z przeciwległych brzegów rzeki Kongo, chyba nieufnie, bo nie są połączone żadnym mostem. Pałeczka została uroczyście przekazana w misji katolickiej w Kinszasie, gdzie bardzo pomocnym dla Sztafety był polski misjonarz, Brat Sylwester. Historia lubi się powtarzać. Bowiem, tak jak my zaplanowaliśmy spotkanie w Brazzaville w 2011 roku, tak w tym samym miejscu, wówczas w malutkiej wiosce w roku 1880, spotkali się Henryk Morton Stanley i Piotr Savorgnan de Brazza znani odkrywcy Afryki, ludzie o diametralnie różnych filozofiach odkrywania świata. Ten pierwszy "odkrywał" go argumentem siły, ten drugi argumentem życzliwości wobec drugiego człowieka.. My, przygotowując się na różne nieprzewidziane sytuacje, wyznaczamy sobie konkretny hotel w Brazzaville na kontakt awaryjny, na wypadek gdyby inna łączność zawiodła. Choć hotel to może za duże słowo, to co go łączyło z podobnymi obiektami w Europie, to .... cena. Reszta to już cywilizacyjna egzotyka. Woda z kubła, prąd 3 godziny na dobę. Był to jednak dobry pomysł, bowiem okazało się, że polskie telefony w Republice Kongo nie działają, Internet natomiast, zależny jest od chimerycznych dostaw prądu. Maciej odnajduje kartkę, którą zostawiłem w recepcji hotelu Domingo i wreszcie jesteśmy razem. Wymieniamy wrażenia, kto i jak tu dotarł i postanawiamy jeszcze tego samego dnia wyruszyć. W głębi duszy każdy z nas zadaje sobie pytanie "Czy potrafimy poddać sobie ów głuchy i niemy obszar, czy raczej on pokieruje naszymi losami?" ("Jądro ciemności" Joseph Conrad). Czujemy jednak dyskretne spojrzenie Kazimierza i tym zobowiązani wyruszamy. Wyruszamy z miasta pełnego muzyki klaksonów, okrzyków wszechobecnych sprzedawców wszystkiego i zewsząd słyszanych agregatów prądotwórczych. Brazzaville i agregaty, doskonała symbioza, jedno bez drugiego nie ma prawa istnieć. Znamy trasę, którą podążał Nowak, wiemy że nie była to najprostsza droga na północ. Najdziksza część Afryki* dumnie prężyła pierś przed Kazimierzem i dziś nieco odmieniona stawała przed nami i to często w zaskakującej formie. Już na początku drogi spotykamy Roberto, białego mieszkańca Kongo, tamże urodzonego, który jadąc na motorze krosowym omal się nie przewrócił, kiedy zobaczył nas na obładowanych rowerach pakujących się na miękką piaszczystą drogę. Równie zdziwione miny mieli mijani tubylcy. Roberto przestrzega nas przed dalszą drogą ku Mayama, Kindamba, Pangala, wyjaśnia że droga okropnie trudna, gorsza niż za czasów kolonialnych, kiedy to była utrzymywana w stanie używalności i eksploatowana tylko bosymi stopami tubylców, a dziś porzucona, wydrążona kołami ciężkich aut , dla rowerów jest nieprzejezdna, dla motocykla krosowego stanowi spore wyzwanie. O tym nam mówi Roberto, uczestnik kilku rajdów Paryż - Dakar. Dodatkowym zagrożeniem są rebelianci ugrupowania NINJA, dla których jest to region stacjonowania, którzy aktualnie są nieaktywni, jednak w konsekwencji tego stanu rzeczy, biorąc pod uwagę bardzo świeżą historię wojny domowej w tym kraju (lata 90-te ubiegłego wieku), jest tam sporo wojsk rządowych, a spotkania z mundurowymi nie są czymś czego podróżnik oczekuje. Po takich przestrogach nieco modyfikujemy naszą trasę kierując się na drogę główną, by powrócić na nowakowe ścieżki nieco dalej na północy. Droga główna, choć asfaltowa, to jednak trudna, bowiem wspinamy się z doliny rzeki Kongo na płaskowyż rozciągający się na 1/3 terytorium kraju w kierunku północno - zachodnim. Chwilową ulgę przynoszą nam zjazdy w doliny rzek, jest w nich jednak spora łyżka dziegciu, bowiem wiemy, że każdy zjazd okupiony jest ciężkim podjazdem. Po drodze pozwalamy sobie na pewien luksus, mianowicie skręcamy z drogi głównej kilka kilometrów w kierunku wschodnim ku dolinie rzeki Kongo, gdzie odnajdujemy ...ośrodek wypoczynkowy dla VIPów, o którym dowiedzieliśmy się jeszcze w Polsce czytając w necie relację z wycieczki polskich misjonarzy pracujących dla Afryki. Ośrodek, choć skromny to jednak schludny, a największą jego wartością jest piękny widok na rzekę i stolice, Kinszasę i Brazzaville. A VIP to bardzo popularne słowo w Kongo, choć słowo nie francuskie (język urzędowy) to jednak chętnie używane jako nazwa wszelkich knajp, barów. Jeśli ktoś chce się poczuć VIP-em to jest to dobry adres :). W miejscowości Ngo odbijamy na zachód ku Djambali, gdzie dotarł Kazimierz po 24 godzinnym marszu. Po drodze śpimy w wioskach u Prezydentów "du Village" korzystając z miejscowego zwyczaju, że honorem Prezydenta, zwanego przez nas Sołtysem jest przyjąć podróżnika pod swój własny dach, niezależnie skąd pochodzi i dokąd idzie. Od Djambala jedziemy już dokładnie szlakiem Kazimierza przejeżdżając przez wioski, przez które i on przejeżdżał. Dla opisu tego odcinka moglibyśmy właściwie użyć jego słów, bowiem prawie nic się tu nie zmieniło. Droga wyraźnie oznaczona na mapie, jako "dostępna całorocznie z trudnościami w porze deszczowej od października do maja", jest faktycznie wyboistą, nieutwardzoną drogą z licznymi głębokimi kałużami, przechodzącą w ścieżki tubylcze, czasami tak zarośnięte, że jadąc w odstępie kilku metrów nie widzimy siebie zasłonięci wysoką na dwa metry trawą sawanny wdzierającą się w ścieżkę. Tak jak Kazimierzowi, tak i nam niebo złowrogo pomrukiwało odgłosami nadciągających burz. Patrzą one jednak na nas dość litościwie, swoją potęgę pokazując siłą grzmotów i potężnymi ulewami bądź w nocy, bądź tej w środku dnia, kiedy udaje nam się schronić pod jakimś tubylczym daszkiem, gdzieś w wiosce. Spełnia się moje życzenie, którym pewnego wieczora dzielę się z Maciejem: "fajnie byłoby pod takim daszkiem przeżyć tropikalną burzę" Natura niezwłocznie realizacje życzenie, w nocy przybiega zatroskany Prezydent wioski, my odmawiamy przeniesienia się do jego domostwa, postanawiamy kontemplować burzliwą naturę. Przejeżdżając przez wioskę, lub w niej nocując, jesteśmy wielką sensacją. Zewsząd słyszymy okrzyki "Mandele, Mandele" (biały, biały).Wokół nas gromadzi się cała społeczność śledząc każdy nasz ruch , każdą czynność. Dzieci niejednokrotnie po raz pierwszy widzą białego. Reagują sporym zaciekawieniem, ale też czasami panicznym strachem. Takie białe monstrum, jeszcze na tak dziwnym pojeździe nie może wróżyć nic dobrego..... Maciej niestrudzenie propaguje postać Nowaka opowiadając o nim i ucząc dzieci skandować: "AfryKA NowaKA, AfryKA NowaKA" Obdarowuje też dzieci balonikami wprowadzając wiele wesołości i zabawy. Wioski odwdzięczają się nam szczerą serdecznością, czasami spontanicznym koncertem, tańcami przy dźwięku tamtamów. Jesteśmy też mile zaskoczeni otwartością spotykanych ludzi, powszechne jest wzajemne pozdrawianie się, zewsząd słyszymy Bonjour, bądź Mboti (to w języku Lingala). Podążając do Leketi, podobnie jak Kazimierz, tak i my musimy się przeprawić dwukrotnie pirogami, a jest z tym sporo emocji, bo pirogi szerokości 30-40 cm, pamiętające czasy kolonialne mają przewieźć nas, nasze rowery i sakwy. Wieczorem nerwowo próbujemy opracować logistykę przewozu rowerów, bo ich strata byłaby niepowetowaną. Rano jednak idziemy na żywioł i postanawiamy zaufać umiejętnościom miejscowych. I dobrze, bo udaje się nam bez strat pokonać dwie duże rzeki Mpama i Alima. Wcześniej, chcąc być wiernym drodze Kazimierza, poszukujemy skrótu, którym przedostał się do Leketi. Przeprawiamy się w bród przez rzekę z krystalicznie czystą wodą, co wykorzystujemy na kąpiel. Skrót się jednak nie powiódł, zaczynało zmierzchać, zmuszeni zostaliśmy do rozbicia namiotu na zupełnym pustkowiu. O tym, że nie jesteśmy jednak sami, przypomina nam jednak niezliczona ilość owadów, w tym meszek, które kąsają do żywej krwi. Nieudany skrót zmusił nas do powrotu następnego ranka. Na osłodę zafundował nam jednak przypadkowo odkrytą w dżungli tubylczą gorzelnię. Lider wydał Uczestnikowi polecenie degustacji. Uczestnik karnie wykonał polecenie... Do Leketi i Bundżi docieramy już nieco odmienioną drogą. Tam, gdzie Kazimierz ścieżynami przez las równikowy, czy ścieżką tubylczą, my jedziemy piaszczystą drogą rozjechaną przez ciężarówki chińskich firm budujących drogę do Gabonu. Szczególny czas poświęcamy misji katolickiej w Bundżi, gdzie Kazimierz spotkał swego krajana - Brata Wesołowskiego. Odnajdujemy miejsce które pamięta ich spotkanie w latach 30-tych ubiegłego wieku, zaprzyjaźniamy się z proboszczem parafii, a znajomość ta i dobre referencje proboszcza bardzo nam ułatwiają kontakty w następnych misjach. W Bundżi spotykamy się też z Pawłem, który ostro pedałował od Kinszasy. Od tego dnia jedziemy w trójkę docierając do drogi głównej południe - północ, gdzie znajdujemy dobry nocleg w budynku administracyjnym, co ma znaczenie, gdyż dają się nam we znaki kłopoty zdrowotne typowe dla Europejczyka w strefie równikowej. Owando to spora miejscowość, zwana wcześniej Fort Rousset, w której Kazimierz spędzał kilka dni. Tam w znalezieniu noclegu pomagają nam referencje z Bundżi i pozwalają w godnym miejscu umieścić tabliczkę upamiętniającą naszego Podróżnika. Następne miejsce, do którego docieramy jest szczególne, bowiem jest to miejscowość Makoua położona na równiku. Odszukujemy znak "Equateur", znajdujemy dwa, w odległości od siebie ok. 100 metrów. Naszemu Liderowi nie daje to spokoju, wyciąga GPS-a i wyznacza "jedynie słuszną" linię równika. Miejscowi policjanci skwapliwie układają kamienie na wyznaczonej linii. Zdaje się, że w kręgach geografów i podróżników narobiliśmy trochę zamieszania..... Pobyt tam, jest też naszym jedynym dniem przerwy, który wykorzystujemy na higienę, regenerację i regulację rowerów. Gości nas w misji Włoszka, siostra Estera. W Makoua skończył się asfalt, dalej jedziemy najpierw szeroką, później wąską drogą szutrową, drogą która wg przewodnika Bradta przeznaczona jest dla tych, którzy są "crazy enough to try and reach Ouesso by land" Weryfikujemy po drodze nieaktualną informację z tego Przewodnika o braku przeprawy na rzece Mambili, gdzie w latach 90-tych ubiegłego wieku w czasie wojny domowej zniszczony został most. Przejeżdżamy przez most tymczasowy dostępny też dla samochodów. Obok firmy chińskie budują solidny most betonowy. Mijające nas ciężarówki wiozące kruszywo, zapewniają nam opaleniznę w kolorze rdzawej afrykańskiej drogi. Liczne zjazdy i podjazdy po szutrze czynią drogę trudną i wyczerpującą, a mijane wioski nie mają nam nic do zaoferowania oprócz owoców. Wodę natomiast musimy czerpać ze strumieni przepuszczając ją przez filtr. Z drzew obserwują nas małpy, w nocy pomaga nam zasypiać koncert dźwięków dżungli. I nadszedł długo oczekiwany dzień! Docieramy do Ouesso, mety naszego etapu, miejscowości położonej nad rzeką Sangha, która jest jednocześnie rzeką graniczną z Kamerunem. Dostępujemy zaszczytu śniadania w Wielką Sobotę w towarzystwie francuskiego Biskupa regionu Sangha. Poznajemy też przypadkowo szefa departamentu kultury miejscowego urzędu, który zaprasza nas do lokalnego radia, gdzie opowiadamy o Kazimierzu Nowaku i naszym projekcie Afryka Nowaka. Czas rozstania. Maciej i Paweł pozostają na następny etap, poszukują możliwości popłynięcia w górę rzeki Sangha, tak jak uczynił to wcześniej Kazimierz. Ja wracam transportem publicznym (autobusem) do Brazzaville, ja i 70-ciu tubylców, 14 godzin jazdy. Oczywiście, jeśli z półki spada na wertepach walizka, to spada na głowę białego ku radości współpasażerów. W Brazzaville spotykam się z Jackiem, Liderem następnego etapu, który po 23 godzinach jazdy (sic! - awaria autobusu) dociera do Kolegów w Ouesso. I tak zakończyła się moja przygoda z Kazimierzem, z Afryką, mieszkańcami Kongo, nowymi wrażeniami, doświadczeniami, z dobrymi towarzyszami wyprawy. Wdzięczny jestem organizatorom Sztafety, losowi, że dane było mi uczestniczyć w tym Projekcie. Trzymam kciuki za powodzenie następnych etapów i całego przedsięwzięcia!.
* kursywą wyróżniono cytaty z zapisków Kazimierza Nowaka. Pigułka: Nazwa etapu: "Skąpani deszczem przez lasy równikowe" Czas trwania: 01 - 25 kwietnia 2011. Miejsce: Republika Kongo, stolica Brazzaville. Kraj wielkości Polski zamieszkały przez 3,5 miliona mieszkańców. 1/3 terytorium to płaskowyż pokryty sawanną, pozostała część to lasy równikowe. Trasa: Brazzaville - Ngo - Djambala - Okoyo - Leketi - Bundżi - Owando - Makoua - Ouesso. Droga: Łącznie przejechaliśmy 1190 km po 1/3 asfalt, rdzawy afrykański szutr, ścieżki i ścieżyny tubylcze.
Romualdowi Deji wielkie podziękowania za wspaniałą wspólną podróż po Kongo oraz udostępnienie powyższego tekstu który ukazał się również w majowym numerze ROWERTOUR |
|
|
|
|