|
|
|
Miodowa podróż -BENIN
Porto Novo-Cotonou-Ouidah-Ganvie-Abomey-Bassila-Djougou-Natitingou-Pendjari Park-Kossokouangou Do Beninu wjeżdżamy bez żadnych problemów. Jest to niewielki kraj trzykrotnie mniejszy od Polski i liczący niecałe 7mln mieszkanców. Jest tu 40% chrzescijan, 25% muzułmanów którzy równolegle praktykują Voodoo które od 1996 roku jest rownież religią oficjalną. Stolica Beninu jest Porto Novo - niewiekie spokojne miasteczko w którym spędziliśmy 2 pierwsze dni. Natomiast Cotonou to największe miasto tego kraju które nieformalnie stanowi funkcję stolicy, gdyż to tu znajdują się wszystkie ważniejsze urzędy państwowe, ministerstwa i ambasady. To co nas zaskakuje to przestronne czyste ulice, szerokie piaszczyste plaże, ciepła woda Atlantyku a wzdluż nich pobudowane nowoczesne osiedla zupełnie jak na lazurowym wybrzeżu. Należy też wspomniec ze Cotonou posiada kilka nowoczesnych, zachwycających swoją architekturą budunków ministerialnych, parlamantarnych i konferencyjnych. Ku naszemu zdziwieniu trafiamy do supermarketu z pradziwego zdarzenia i kilku sklepów samoobslugowych. Aż trudno uwierzyć że po uzyskaniu pokolonialnej wolnosci w 1960 roku Benin pogrążony był miedzy 1972 a 1992 w marksistowsko leninowskiej dyktaturze terroru. Ciekawostką jest też tu stosunkowo spora liczba białych wyglądających na rezydentow a nie turystow. Temu wszystkiemu mamy możliwość przyjrzenia się dokładniej bo w Cotonou przychodzi nam czekać aż tydzień na wizę do Ghany. Dowiadujemy się ze 10 stycznia nieopodal w Ouidah odbywa się święto Voodoo. Wykorzystując wolny czas wsiadamy na Honde i piękną piaszczystą drogą wzdłuż oceanu, wśród wysokich palm jedziemy przyjrzeć się tej tajemniczej, magicznej dla nas ceremonii. Obchody były dla nas czymś bardzo egzotycznym i niesamowitym a tym samym są trudne do opisania. Na wielkim placu przy pomniku niewolników zebrało się mnóstwo odświętnie ubranych ludzi, którzy grali na bębnach i tańczyli. Pośrodku stał kolorowy parasol z wyszytymi kolorowymi symbolami pod którym mieścił się ołtarz z różnymi mosiężnymi figurkami i świecznikami. Wielki tłum przyglądał się entuzjastycznie jak w ofierze złożono kozę, której świeżą krwią poświęcono cały ołtarz. Celebracja trwała cały dzień. Trzech tancerzy przebranych za słomiane wielkie kukły tańczyło kręcąc się wkoło. Po dokonaniu wszelkich swiętych obrzędów gwarny korowód ruszył do centrum miasta. Dwa dni później wybraliśmy się pirogą na zwiedzanie 35tysieęcznego miasta Ganvie połozonego na środku jeziora. Wszystkie domy zbudowane głownie z bambusa i drewna stoją na palach. Jest tu szpital, szkoła, kosciół i meczet a handel odbywa się na pływajacych pirogach. Po drodze mijamy wiele rybaków którzy spektakularnie zarzucają sieci. Tymczasem jesteśmy dalej w Cotonou gdzie próbujemy uzupełnic nasze zaległości na stronie nie wynikajace wcale z naszego lenistwa lecz z trudnosci dostepu do internetu. W końcu po 9 dniach oczekiwania dostajemy cudem wizę do Ghany! Ruszamy zatem na eksploracje Beninu w głąb kraju czyli na północ. Jeszcze tego samego dnia docieramy do Abomey - stolicy jednego z największych dawnych królestw Afryki. Tu w zakamarkach ulic odnajdujemy wiele starych zabytkowych świątyń Voodoo. Jesteśmy też mile zaskoczeni widząc pierwsze na naszej trasie profesjonalne biuro informacji turystycznej! Z wiedzamy zatem ciekawe, dobrze zachowane muzeum historii królestwa mieszczące się w dawnych dwóch pałacach królów. Od razu widać ze mają oni wsparcie Unesco. Szkoda tylko że nie pozwolono nam tam wykonać zdjęć a te nieliczne które są w galerii wykonane są z ukrycia :) Jadąc dalej na północ napotykamy na zbiory ananasów. Są to najsmaczniejsze, najbardziej soczyste owoce jakie w życiu jedliśmy! Zjadamy 3 na raz za cenę niecałych 3zl. Kolejnym punktem na naszej mapie jest Natitingou - najbardziej znaczące miasto północnego Beninu posiadające dobrze rozwiniętą bazę turystyczną. Stąd jest zaledwie 100 km do Parku Narodowego Pendjari i to tu (jak nas poinformowano) należy załatwić sobie przewodnika z autem by wjechać do parku. Jednak cena takiej usługi przerasta nasze oczekiwania, decydujemy się sami wyruszyć do bram parku i tam załatwić sobie wjazd. W Batii u wrót Pendjari spędzamy noc pod namiotem by następnego dnia skoro świt polować na auta wjeżdżające z turystami do parku. Liczymy na to że w którymś z życzliwych aut znajdzie się dla nas miejsce. Już ok godziny 8h wjeżdżamy do parku z parą sympatycznych francuzów, miejscowym przewodnikiem i jego dziewczyną. W ten sposób dzieląc z nimi koszty oszczędzamy połowę ceny dodatkowo wjeżdżając do parku na 2 dni. Park Pendjari zachwalany w przewodniku specjalnie nas nie powala gdyż większość z tych zwierząt spotkaliśmy już w Czadzie w parku Zakouma. Największą dla nas atrakcją były urocze słonie, niestety nie udało nam się zobaczyć tak oczekiwanych lwów. Na terenie parku w hotelu Pendjari spotykamy przemiłą pare z Wlk. Brytanii - Sue i Chrisa, którą podróżuje karawanem po Afryce i... jako hobby latają balonem!!! (poczytajcie sami http://www.morepantsthansocks.blogspot.com/ - piszą również o nas 27 stycznia). Zarówno ich jak i nas spotyka tam niemiła niespodzianka, gdyż właściciel hotelu nie pozwala nam kampować i dochodzi do niemiłej kłótni. Z Parku wracamy ponownie do Natitingou gdzie u naszego przewodnika Sanny'ego w hotelu Le Belier spędzamy miły wieczór popijając wino i zajadając lokalne smakołyki. Ostatnia atrakcja jaka pozostała nam do odwiedzenia na trasie już do Togo to Tata Somba czyli malutkie domki-pałacyki, bardzo sprytnie zbudowane - zobaczcie sami na naszych zdjęciach! Zaskakuje nas tu sprawiedliwy podział dochodów z turystyki: 20% dla wioski, 50% dla przewodnika, 20% dla właściciela Taty Somby i 10% dla stowarzyszenia na rzecz utrzymania tradycji. W Koussoukouangou przyglądamy się codziennemu życiu wioski popijając lokalne piwo, pomagając w przygotowaniu jedzenia i przede wszystkim bawiąc się z dzieciakami. Podsumowując Benin, zaskoczeni jesteśmy jego bogatą i rozmaitą ofertą turystyczną, pomimo że kraj ten jest taki mały. Naprawdę warto tu przyjechać i poczuć prawdziwy smak Afryki! |
|
|
|
|